Moje spotkanie z niebem bieszczadzkim

24.07.2017

Nigdy nie widziałam naprawdę ciemnego nieba.
Powyższe zdanie było prawdziwe… aż do wczoraj. Jako dla osoby trochę już zaznajomionej z astronomią amatorską, dla mnie było to dość wstydliwym faktem, no ale jednak… Wiadomo – Małopolska Zachodnia nie rozpieszcza pod tym względem, wyjechać gdzieś trochę dalej nie mam zbytnio możliwości, a nawet na zlocie w Zatomiu jesienią 2015 r. pogoda łaski specjalnie mi nie okazała powodując, że niebo nie było wtedy szczególnie lepsze od tego mojego, inwałdzkiego. Oczywiście na swoje przydomowe warunki aż tak narzekać nie mogę. Drogę Mleczną widać. Inna sprawa to jak widać. No nieźle. Nieźle. No właśnie. To co zobaczyłam tej nocy całkowicie zresetowało moje wyobrażenie o tzw. ciemnym niebie i o dobrych warunkach do obserwacji. Bo oto w końcu, po tylu latach, na własne oczy mogłam ujrzeć obraz cudu niebiańskiego. Prawdziwie rozgwieżdżone niebo.

Cały wieczór był pochmurny i nic nie zapowiadało, iż stan ten mógłby ulec zmianie, stąd też moje zdziwienie było jeszcze większe, gdy przed północą zobaczyłam przez okno jakieś świecące punkciki na niebie. Wyszłam z domku i stanęłam. I patrzyłam. Po prostu. W zasadzie na tym mogłabym zakończyć mój opis, ale rozwińmy go troszkę bardziej… Pobiegłam zaraz po lornetkę i udałam się na krótki obchód wśród drzew i innych domków. Cel miałam jasno określony – Chcę spojrzeć w kierunku centrum Galaktyki. Jakieś 20 metrów dalej zatrzymałam się, bo oto przede mną znajdował się Strzelec. Podniosłam lornetkę do oczu i zaczęłam identyfikować usytuowane tam obiekty. Laguna, Koniczyna, Orzeł, Omega… wszystkie o wiele wyraźniejsze od tego, co pamiętałam z Inwałdu, wręcz bijące po oczach. Przesuwając między nimi pole widzenia Nikona, przestało mnie obchodzić gdzie co jak się nazywa. Teraz wędrowałam przez niebo odnajdując kolejne gromady kuliste, otwarte tudzież inne skupiska gwiazd, natrafiając czasem na jakąś mgiełkę. Nie mogę pominąć też ciemnych mgławic, które jawiły się dosłownie wszędzie, nadając niebu mozaikowy wygląd. Pierwszy raz miałam okazję zobaczyć je tak wyraźne i zdecydowane. Tajemnicze ciemne wyrwy pośród kosmicznych łańcuchów gwiazd. Odsunęłam lornetkę od oczu. 

Ktoś mi kiedyś powiedział, że niebo w Bieszczadach wygląda, jak cukier wysypany na kartkę czarnego papieru. Teraz doskonale zrozumiałam co miał na myśli. Gwiazdy, kosmiczne diamenty, gwiezdny pył, cała materia naszej Galaktyki wręcz wołała do mnie z firmamentu. Ona wyskakiwała ze sfery nieba, wszystkie te struktury były tak trójwymiarowe, przestrzenne, jakby miały się na mnie wysypać. I z każdą chwilą, sekundą, coraz lepszym przystosowaniem wzroku do ciemności, wszystkie te wrażenia stawały się wyraźniejsze i pewniejsze. Nie analizowałam gdzie co było na niebie. Ja je chłonęłam. Stapiałam się z nim. Tylko ja i ciemność, a w niej ogrom Wszechświata. Nie wiem ile czasu tak stałam gapiąc się w górę… Nagle zobaczyłam, jak okolice Wielkiej Niedźwiedzicy przecina meteor. Długi i jasny z delikatnym zielonym odcieniem. Wisienka na torcie. Uśmiechnęłam się do siebie jeszcze bardziej. 

W domku okazało się, że spędziłam tak około półtorej godziny, bo potem znad Jeziora Solińskiego uniosła się mgła, gęstniejąc coraz bardziej. Tak zakończyło się moje pierwsze spotkanie z niebem bieszczadzkim. Krótkie, ale i tak było niesamowicie…

Z natury jestem człowiekiem, który zachwyca się praktycznie wszystkim, co go otacza. Chmurki, ptaszki, drzewka, różne widoczki, nawet stare wioski gdzieś na tzw. zadupiu. Ale niebo zawsze robi na mnie największe wrażenie. Zawsze, gdy widzę gwiazdki odczuwam wewnętrzną potrzebę zatrzymania się i patrzenia w nie. Do tego stopnia, że gdy mam wstać rano do szkoły (przez ostatnie dwa tygodnie także pracy), a jest powiedzmy po północy, wolałabym żeby nagle przyszły chmury. Dlaczego? Mam wyrzuty sumienia, że pójdę spać i nie będę mogła obserwować. A takie sytuacje w ostatnim roku szkolnym zdarzały mi się niestety dość często. Myślę, że ostatnia noc w znacznym stopniu mi to wynagrodziła. Mam nadzieję, że jeszcze przynajmniej parę razy będę mogła popatrzeć na tutejsze niebo, do soboty jakaś pogodna noc powinna się trafić :)) I wtedy pokażę to wszystko rodzicom i siostrze, bo dziś nie chciałam ich już budzić. Może wtedy spojrzę na jakieś konkretne obiekty, w końcu po coś wzięłam ze sobą Interstellarum. Chyba, że ten widok znów mnie obezwładni na tyle, by tylko stać i patrzeć ze szczęką leżącą gdzieś w trawie 😉


27.07.2017

Wieczorem wszystkie chmurki walające się od rana po niebie w cudowny sposób (i zgodnie z meteorogramami) rozstąpiły się. Świadoma tego, co nadchodzi, wieczorem zaczęłam sporządzać listę obiektów do obserwacji. Tymczasem na polu robiło się coraz ciemniej, uwidoczniły się planety, wiszący niziutko nad górami wąski sierp Księżyca, a także najjaśniejsze gwiazdy, których z każdą chwilą pojawiało się coraz więcej. Koło 23 stwierdziłam, że oto wreszcie: bieszczadzkie niebo po raz drugi.

Od czego by tu zacząć… Od początku? Hmm to nie będzie takie proste. Na wstępie oczywiście, podobnie jak ostatnim razem, wystąpiła reakcja w stylu Woooooooooo ile gwiazd!!!. Nie mogąc zdecydować się na co chcę patrzeć, po prostu skakałam lornetką po niebie. Gdy troszkę ochłonęłam, postanowiłam popatrzeć na to, co dobrze znam, widziałam po sto razy, ale teraz będzie zupełnie inaczej, bo mam tylko (aż) lornetkę i bardzo ciemne niebo, więc ja muszę, to znaczy popatrzeć na tzw. klasyki. W ten sposób zerknęłam na M4, która akurat zachodziła za pobliską górę, powtórzyłam też to co ostatnio, czyli M 8, M 20, M 21, M 16, M 17, M 22, spojrzałam na M 27…

Osobistym szokiem okazało się dostrzeżenie Laguny gołym okiem, dla wielu z Was to pewnie nic wielkiego, ale mi szczena opadła na trawę, poprawka, ona była tam od ostatniego razu, teraz stoczyła się na sam dół zbocza, na którym leżała. Jak do tego doszło? Co jakiś czas odrywałam wzrok od dwururki i chłonęłam niesamowite widoki rozciągające się przed i nade mną. No więc patrzę sobie spokojnie w kierunku Strzelca i widzę plamkę wśród gwiazd. No dobra, jest plamka. W głowie pojawia się pytanie – Co to może być? – zębatki w mózgu zaczynają pracować, aż nagle dociera do mnie, co w tamtym miejscu jest usytuowane. Mózg jednak nie dowierza, więc kieruję tam lornetkę i, o kurcze, faktycznie! Laguna! No kto by pomyślał…

To, że M 13 widać gołym okiem wiedziałam, więc nie doznałam takiego zaskoczenia jak powyżej, ale i tak co innego wiedzieć/słyszeć/przeczytać, a co innego sprawdzić organoleptycznie. Kilka razy upewniałam się, że nic mi się nie pomyliło, ale na pewno była ona 🙂 Wtedy przypomniałam sobie o Galaktyce Andromedy i wcale nie miałam zamiaru czekać, aż wzniesie się wyżej. Udałam się więc w dół stoku góry, gdzie były te wszystkie domki (no i ja), by upatrzony obiekt pojawił się tuż ponad lasem. Na niezłym inwałdzkim niebie M 31 jest widoczna gołym okiem, jednak tutaj widok jest nomen omen o niebo lepszy, co nie było żadnym zaskoczeniem. Będąc blisko skoczyłam do Chichot, pokrążyłam po Kasjopei, wybadałam Galaktyki Bodego i M 51, po czym uznałam, że widzi mi się lot do Ameryki Północnej, który szybko zrealizowałam.

NGC 7000 w lornetce była tak oczywista, jak nigdy. Najwyraźniej odcinało się jej wschodnie wybrzeże z Florydą na czele oraz Meksyk. LDN 935 pięknie wcinał się w kontynent. Tu muszę przyznać, że choć po drugiej stronie również dostrzegłam pojaśnienie, kształt Pelikana pozostał nieuchwytny. Patrząc na LDN skojarzyłam, że blisko M39 jest coś takiego, jak Barnard 168, który niczym czarna wstęga prowadzi prosto do IC 5146. Kiedyś już obserwowałam tę ciemnotkę i bardzo mi się podobała, nie inaczej było i tym razem. Dziwna rzecz też się zdarzyła w tym miejscu, ponieważ miałam momentami wrażenie, że w miejscu Kokona coś majaczy. Podchodzę do tego jednak bardzo sceptycznie i podejrzewam, że to rozmyte światło jakiejś grupki gwiazd dało taki efekt.

Poniewież już ostatnio zafascynowała mnie marmurkowa struktura Drogi Mlecznej usiana czarnymi wyrwami, stwierdziłam, że pobawię się w Panasmarasa i zgłębię trochę tych ciemnych obszarów. O tym, że jest E Barnarda wiedziałam już dawno. To, że znajduje się w Orle też, więc nic nie stało na przeszkodzie, by tam popatrzeć. Skierowałam ku niemu lornetkę i mym oczom ukazały się dwa ciemne obłoczki, jeden w kształcie trochę kanciastego „c”, drugi natomiast jako położona pod nim pozioma kreseczka. Razem dają wrażenie literki „E” i w lornetce prezentują się bardzo efektownie.

Niżej w tarczy mamy takie atrakcje jak M 11 i M 26, jednak oprócz nich znalazłam tu dużo interesujących ciemnych regionów. Szczególnie do gustu przypadły mi B 111 i B 119a. Znajdują się tuż nad Dziką Kaczką i w moim odczuciu wyglądają jak Pac-man zjadający kuleczkę. B 111 jest tu Pac-manem, a B 119a – kuleczką. Inne skojarzenie to symbol islamu – półksiężyc z gwiazdką, ale może zostańmy przy tym pierwszym 😉 Poniżej M 11 i troszkę na wschód dostrzegłam nie aż tak wyraźną ciemną plamkę – B 112, z kolei na prawo i trochę w dół od niej – no to już potężna czarna chmura – Barnard 103, pięknie odcinający się od gwiezdnego otoczenia. Zwróciłam uwagę na dwa  języczki wystające od niego w kierunku północno-wschodnim. Porównałabym je do ogona płaszczki. Nie wiem czy mają jakieś swoje oznaczenia, ale bardzo mi się spodobały. Na lewo, jeszcze nawet bardziej niż B 112 zauważyłam pionową przerwę, podobnie jak B 112 nieszczególnie wyraźną. Według Interstellar to B 114, 115, 116, 117, 118, uh, ale dużo!

Schodząc o wiele niżej ku Strzelcowi, trafiłam na jasny obłok gwiazd, który w moim odczuciu pięknie mienił się niczym śnieg w świetle Słońca bądź Księżyca. To NGC 6603. Od południowej strony jest ona dość ostro odcięta do kąta prostego przez coś ciemnego, jednak nie znalazłam czy rejon ten ma jakieś konkretne oznaczenie. Podobnie jak wcześniej i w tej okolicy trafiłam na dwa języczki, wcinające się we wspomniany obłok gwiazd, tym razem jednak umysł podsunął mi skojarzenie z kleszczami, a nie ogonem płaszczki. To B 304, który zdaje się wychodzić z położonego na północny-wschód niewielkiego B 92, obok którego znajdziemy B 93. Dalej jest jeszcze jedna ciemna wyrwa podobnej wielkości – B 307.
Swoją drogą Interstellarum zawodzi trochę pod względem ciemnych mgławic. Wiele z tych wspomnianych przeze mnie mogę nazwać tylko dzięki mapkom Panasa, które swego czasu dość skrupulatnie gromadziłam, czując, że kiedyś się przydadzą.

Po przygodach w Strzelcu chciałam skierować się w pobliże Cr 399, by i tam upolować coś ciemnego, niestety na nieboskłon wkroczyły chmurwy, które już wcześniej czaiły się nisko nad zachodnim horyzontem. Było po pierwszej, gdy zabrałam się do domku.

Aaa, zapomniałabym, mignęło mi parę meteorów, jeden to na pewno Perseid, było też coś, co mogło być (bazując na mapce od M.K.) Akwarydem, Antyhelionem bądź alfa Capricornidem. Jeden meteor przeleciał mi w polu widzenia lornetki (do takich zjawisk mam szczęście, raz przeleciał mi nawet przez Plejady, gdy patrzyłam nań dwururką 🙂 ). Także tego… To było moje drugie podejście do bieszczadzkiego nieba. Być może dziś uda się trzeci raz 🙂


28.07.2017

Dzisiejsze obserwacje króciutkie niestety, choć właśnie patrząc na sat24 liczyłam na więcej, a tu już wszystko mam w chmurach. Widziałam dziś informację o nowej w gwiazdozbiorze Tarczy i miałam do niej podejść, ale nie zdążyłam… 

Udało mi się przynajmniej dorwać do ciemnotek w Lisku. Najpierw namierzyłam Wieszak, a następnie ruszyłam w przeciwną stronę niż ta wskazywana przez jego hak. Zaraz trafiłam na coś, co skojarzyło mi się z preclem krakowskim – to LDN 757, 768, 772 – ciemne mgławice o, moim zdaniem, bardzo ciekawej strukturze i kształcie, bo wyglądają jakby oplatały się wokół skupisk gwiezdnego pyłu. Trochę dalej (ale i tak bardzo blisko) jest ciemna mgławica, którą porównałabym do harpuna z lekko haczykowatym końcem. To LDN 784.

Następnie ruszyłam jeszcze raz do M 39, a raczej do B 168 z zamiarem wyodrębnienia Południowej Wstęgi od Wstęgi Północnej i… udało się bez większego trudu, miedzy obiema jest wąski przesmyk usypany z drobniutkich gwiazd. W oczy rzuciło mi się też, że Północna Wstęga ma dość konkretnych rozmiarów odnogę, praktycznie naprzeciwko Wstęgi Południowej. 

No i w zasadzie tyle, jeszcze mogę wspomnieć o znów pięknym dziś wieczorem sierpie Księżyca ze światłem popielatym oraz interesująco wyglądającym terminatorem.