Chwila dla nieba

Widząc na Facebooku coraz to nowsze posty oraz statusy na forumastronomiczne.pl, dotyczące pogody, obserwacji i astrofotografii, 14 stycznia coś we mnie pękło, a gromadzące się wyrzuty sumienia spowodowane ignorowaniem możliwości spojrzenia ku gwiazdkom wreszcie wzięły górę. Szczęśliwie moja cudowna klasa aktualnie debatowała nad ewentualnym przeniesieniem kartkówki z fizyki, a ja poparłam ich całym sercem, oferując pomoc w przekonaniu wychowawcy (nie jest to trudna sztuka, ale argumentacja w stylu „no proszę pana, obserwacje do konkursu robiłam” zawsze stanowi pewien gwarant bezpieczeństwa ;) ). Zadanie z matematyki miałam już zrobione, z niemieckiego postanowiłam zgłosić „np” (nieprzygotowanie), a z resztą jakoś to będzie.

Poprosiłam tatę o wyniesienie teleskopu. Pierwotnie plan prezentował się następująco: 21:30 idę spać, 3:00 – wstaję, ok. 6:00 – wracam do domku i zbieram się powoli do szkoły. W teorii było to perfekcyjne rozwiązanie – ponad 5 godzin snu (i tak więcej niż normalnie) i poranne spojrzenie na planety. Jak to jednak często w życiu bywa, wszystko potoczyło się zupełnie inaczej. Kierując się do kąpieli zerknęłam przez okno i… od razu poleciałam na pole. Znaczy się prawie od razu, wcześniej ubrałam 3 pary skarpetek, legginsy, spodnie, bluzkę, bluzę, kurtkę, rękawiczki i cieplutkie kozaczki. 

26913754_1268586926621214_506668023_n.jpg.7698eb85c6c5c3572ee701493d64ba23.jpg
Ola, która znosi wszystko z pokoju, by potem nie wracać i nie budzić rodziców ani siostry – lornetka, aparat ze statywem, pudełka z osprzętem, atlasy, ciepłe ubranie i kołderka do spania w pokoju gościnnym, a wszystko wzięte „na raz” . 

Na zewnątrz czekało na mnie niebo, może nie najbardziej przejrzyste, może co jakiś czas snuły po nim chmury, ale jednak… tam były gwiazdy! Rozpakowałam cały kram, od razu rzucając się na Wielką Mgławicę w Orionie. Już wycelowałam, już umiejscowiłam okular w wyciągu, przyłożyłam oko i już chciałam ostrzyć… Hmm coś nie ogniskuje… To chyba niska temperatura sprawiła, że wyciąg przestał chodzić. Nie miałam ochoty bawić się w jakieś dłubanie przy teleskopie, więc załatwiłam sprawę bardzo prosto – regulując wyciąg ręcznie, bez pokręteł. Tak więc wyostrzyłam, ujrzałam piękną, jasną i wręcz zdawałoby się trójwymiarową M 42. Poświęciłam jej trochę czasu, kierując się następnie do Płomienia. Już raz z życiu go widziałam, stąd też chciałam spróbować ponownie. Będąc zupełnie szczerą, nie dostrzegłam go od razu. Trochę poruszałam teleskopem, trochę poostrzyłam, przyłożyłam jedno oko, a potem drugie… Nie no, coś tam chyba jest. W dłoniach poczułam przeszywające zimno i szybko uciekłam do garażu. Do NGC 2024 wracałam potem jeszcze wielokrotnie, za każdym razem zauważając więcej, coraz pewniej wyłuskując tę mgławicę z nieba. 

Grzejąc się w garażu, zamarzyłam o Rozecie, jednak gdy wróciłam do teleskopu, przez interesujący mnie fragment nieba akurat przewijały się chmury. Z braku laku zerknęłam na M 41, a wspomnienia z początków gimnazjum niemal natychmiast eksplodowały w mojej głowie… Obserwacje w ukryciu przed rodzicami, z pokoju, przez szybę, z teleskopem (SW 1141 EQ-1) na statywie o maksymalnie wyciągniętych nogach, który z okna ledwo łapał się na tę stosunkowo nisko położoną gromadę. I ta satysfakcja, kiedy już ją upolowałam. A przy tym dreszczyk emocji, gdy słyszałam szelest w pokoju rodziców, gotowa w każdej chwili czmychnąć do łóżka i udawać sen. Jakiś urok w tym był, w tych moich początkach teleskopowych podbojów nieba… 
Niebiosa wkrótce pozwoliły mi uraczyć się Rozetą, bowiem chmury stosunkowo szybko odpłynęły. Podobnie jak w przypadku Płomienia, było to dopiero drugie podejście mojego autorstwa do tej mgławicy. Bez problemu odnalazłam gromadę NGC 2244, założyłam filtr O-III, a zaraz potem z trudem coś wyzerkiwałam. Mimo to, poświęciłam temu obiektowi troszkę więcej czasu, a ten odwdzięczył mi się, stając się tak pięknym i oczywistym jak tylko w tych warunkach mógł. Poczułam ochotę, by go narysować, jednak chęć skorzystania z okazji i spojrzenia na inne obiekty, a także zimno, skutecznie odpędziło te myśli. To ostatnie zresztą zdecydowało o ponownej przerwie w garażu. 

Ta pauza zaowocowała, kolejną w mojej obserwacyjnej karierze, próbą podejścia do Eskimosa. Trochę wstyd się przyznać, ale już tyle razy próbowałam, jednak ta mgławica wciąż pozostawała dla mnie niezdobyta. I tym razem nie nastawiałam się na jakieś wielkie sukcesy…
Star hopping szedł mi dzisiaj wręcz wyborowo, mimo dość długiej przerwy od obsługi teleskopu. Jedna gwiazdka, druga, a koło niej kolejna, jakaś taka dziwna, jakby rozlana troszkę na niebie, napuchnięta… Wymieniłam okular na krótszy i zyskałam pewność – to NGC 2392. Ujrzałam jasny owal, na zewnątrz odrobinę ciemniejszy niż w środku. Nie mogłam nie sprawdzić co na to filtr O-III, jednak widok jaki ukazał zupełnie nie przypadł mi do gustu. Cały obiekt zlał się, zyskał całkiem jednolitą jasność, bijąc wręcz po oczach, wszystko zaś wokół stało się niesamowicie ciemne. Wyjęłam filtr i ponownie uraczyłam się mgławicą bez żadnych „ulepszaczy”. 

Kolejna przerwa w ciepełku domu, kolejne obiekty. M 78 w Orionie, Płomień po raz 5 tej nocy, potem lornetka i Choinka, Plejady, gromady Woźnicy, i tak dalej… Około godziny 23:00 zimno przebiło się na wylot przez moje ciepłe kozaczki i 3 pary grubych, włochatych skarpetek.
Wróciłam do domu, położyłam się spać, a po 3:00 obudziłam się z zamiarem dalszych obserwacji. Wyjrzałam przez okno i zobaczyłam… nic. Przyszły chmury, na przekór wszelkim prognozom na niebie nie dało się dostrzec żadnej gwiazdy. Budziłam się potem jeszcze parę razy z nadzieją na jakieś dziury w chmurach, jednak nic z tego nie wyszło. Ale co z tego… I tak jestem bardzo zadowolona. :)