Nocki dwie

Noc pierwsza, 2/3 kwietnia 2016 r.

Gdy wracałam wieczorem od koleżanki, w oczy rzuciło mi się jedno – mimo że powietrze przejrzystością nie powalało, a po niebie raz po raz sunęły jakieś chmury piętra wysokiego, zaistniała szansa na noc nadającą się do obserwacji. Przyszłam do domu i oznajmiłam rodzicom, że mam zamiar spędzić najbliższe godziny pod gwiazdami. Tata wyniósł teleskop,a ja czekając aż sprzęt się wychłodzi układałam sobie w głowie listę obiektów, które będę mogła namierzyć. Sesja rozpoczęła się o godzinie 22:14. 

Na pierwszy ogień poszedł Jowisz. Już w powiększeniu 40 razy ładnie się prezentował, jednak dość szybko zmieniłam okular z 30 mm na 9 mm. Moim oczom ukazały się 4 pasy, a na jednym w nich ona – Wielka Czerwona Plama. W chwilach lepszego seeingu we wszystkich pasach mogłam dostrzec nieregularności w postaci ciemniejszych i jaśniejszych obszarów, a na ich krawędziach jakbym to określiła, farfocle. Dodatkowo wokół biegunów rysowały się ciemniejsze obszary. Wykorzystałam filtr polaryzacyjny.

By dotrzeć do następnego celu, nie musiałam zbytnio oddalać się od Jowisza – Triplet Lwa znajdował się całkiem niedaleko, a i trafić do niego łatwo, toteż szybko mogłam delektować się widokiem trzech galaktyk. Wszystkie były ładnie widoczne, M65 i M66 niczym dwa owale, oba lekko utargane, po dokładniejszym przypatrzeniu się, obie eMki trochę zaczęły przypominać literki „s”, jednak było to bardzo subtelne wrażenie. Odrobinę ciemniejszy NGC 3628 – galaktyczny Hamburger – zaprezentował się w postaci stosunkowo wąskiego paseczka, który po pewnym czasie wydał się troszkę większy.

Następnym obiektem na mojej liście była znana para, a mianowicie M51 i NGC 5159. Trochę wstyd się przyznać, ale dopiero teraz udało mi się je zobaczyć. Wpierw zobaczyłam delikatną mgiełkę z dwoma jaśniejszymi obszarami w pobliżu centrum. Po dłuższym wpatrywaniu się zaczęłam zauważać coraz więcej szczegółów. Choć nie przez cały czas patrzenia zerkaniem, odniosłam wrażenie delikatnego spiralnego zarysu w postaci ciemniejszych i zakręconych wokół jądra M51 smużek. Ulotne, jednak piękne wrażenie. Po upływie kolejnych chwil dostrzegłam coś jeszcze. Między galaktykami pojawiła się subtelna przerwa, która w pewnym miejscu zanikała, tutaj obiekty jakby się łączyły. Wszystko oczywiście zerkaniem i w okularze o ogniskowej 30 mm. W 9 mm obraz był zdecydowanie zbyt ciemny. Nawiasem mówiąc chyba pierwszy raz poświeciłam tyle czasu jednemu celowi.

Po tych wrażeniach ruszyłam ku Warkoczu Bereniki i M53, ładnie usytuowanej w kontekście gwiazd i lekko rozmywającej się kulce. W powiększeniu 140 x dostrzegłam jak gromada zaczyna mrowić, a zerkaniem wyskoczyło z niech kilka gwiazdek.
Pozostając w temacie gromad kulistych skierowałam się ku M3. W lornetce sama wpadła w pole widzenia, w którym to prezentowała się naprawdę efektownie. W GSO 10″ w okularze 30 mm widać było mrowienie, natomiast w 9 mm została pięknie rozbita. Po chwili patrzenia na nią, na myśl nasunęło mi się skojarzenie z ośmiornicą, która wyciąga swoje gwiezdne macki w moim kierunku. Pamiętając o jednym z obiektów tygodnia odwiedziłam leżąca po sąsiedzku (i trochę jednak przyćmiewaną przez bardziej znaną M3) NGC 5466. Porównując ze sobą te dwie kulki mogłam łatwo przekonać się o różnorodności występującej wśród gromad kulistych. W przeciwieństwie do jasnej i skupionej eMki, NGC 5466 wyglądała raczej jak niespecjalnie jasny placek. Wydawała się być podobnej wielkości co jej sąsiadka. Nie wpadła tak łatwo w pole widzenia, jednak nie miałam problemów z jej znalezieniem. Dość ciekawe jest to, że po dłuższym patrzeniu, zerkaniem, wydawała się mieć takie jakby ciemne wcięcia, które delikatnie wżerały się w jej niezbyt wyraziste brzegi.

Następnie zrobiłam odwrót z powrotem w kierunku Bereniki. Mijając po drodze Galaktykę Czarne Oko ucelowałam w końcu jakąś ‚igłę’. Teraz zastanawiałam się czy to NGC 4656 czy może NGC 4631? Za Chiny i Japonię nie potrafiłam tego odgadnąć. Tak czy siak obiekt prezentował się bardzo ciekawie, był naprawdę cienki, choć w centrum wydawał się odrobinę grubszy. Po kolejnym spojrzeniu w okular moje wątpliwości zostały rozwiane, gdyż oto kątem oka dostrzegłam drugą ‚igłę’, słabszą i jeszcze cieńszą. Określając usytuowanie obu obiektów względem pobliskiej gwiazdki wywnioskowałam, iż ta dostrzeżona na samym początku galaktyczka to NGC 4631, natomiast ta słabsza to NCG 4656, która jeszcze na koniec wydała mi się nie do końca prosta, lecz lekko zakrzywiona. 

Jako kolejny cel obrałam sobie Marsa. Jak ja dawno go nie widziałam! W okularze 30 mm ukazała mi się mała, rdzawo zabarwiona tarczka, a po zwiększeniu powera do 140 x przeżyłam szok! Szczerze mówiąc nie spodziewałam się takiego widoku. Mimo seeingu, który raczej nie powalał, bezproblemowo udało mi się dostrzec szczegóły na jego powierzchni – ciemniejsze i jaśniejsze obszary oraz oczywiście czapę polarną. 

Po oderwaniu wzroku od teleskopu zauważyłam, że niebo na wschodzie robi się trochę jaśniejsze, bo oto zbliżał się wschód Księżyca. Spojrzałam jeszcze na M13, M92, M57 i Albireo, a na koniec skierowałam teleskop ku wyłaniającemu się zza gór Muńkowi. Mimo pływającego obrazu nasz naturalny satelita po przybraniu kremowej barwy i odziania się w światło popielate wyglądał hipnotyzująco…

To była udana noc…

IMG_0414.JPG

Noc druga, 6.05.2016 r.

Hmm… wolne, ładna pogoda, nów… Niemożliwe? A jednak. Jest po 23:00, a ja właśnie zaczynam obserwacje. Teleskop wychłodzony, lornetka pod ręką, mapy nieba przygotowane. Zaczynamy!

Na początek klasycznie, Jowisz, zatrzymuję się przy nim dłuższą chwilę. Po tym czasie zauważam Marsa, który wisi sobie jeszcze niziutko nad Ostrym Wierchem po tym jak niedawno wzeszedł. Seeing zabójczy, jednak mimo tego dostrzegam jakieś pociemnienia na powierzchni planetki. Wrócę do niej, gdy wzniesie się zdecydowanie wyżej.

Biorę lornetkę i spoglądam w kierunku Kruka. W głowie pojawia się myśl – „Przecież tam gdzieś kryje się M104, więc właściwie dlaczego by nie…” Prowadzona przez „Interstellarum Deep Sky Atlas” rozpoczynam starshopping teleskopem w jej kierunku i po chwili… Wreszcie, po tylu latach ją mam. W dzieciństwie to była moja ulubiona, najpiękniejsza, najwspanialsza. Galaktyka Sombrero, Messier 104, NGC 4594… Teraz mogę zobaczyć ją na własne oczy. Delikatna, zwężająca się ku krańcom wstęga ze zdecydowanie najjaśniejszym centrum, które dalej rozmywa się w ulotne halo. Siadam, chłonę ten widok. „Mmm chyba muszę kupić okular o ogniskowej w okolicach 14 mm, tak, zdecydowanie trzeba będzie się za takowym rozejrzeć.”

Następnie zawracam z powrotem w kierunku Skorpiona, a dokładniej – M4. Jest to kolejny po M104 obiekt, o którym mogłabym powiedzieć „Wreszcie, po tylu latach…” Podobnie jak świecący nieco wyżej czerwony bóg wojny Mars, kulka wisi bardzo niziutko, jednak obawiam się, że potem wejdzie w łunę pobliskiej latarni, potem przydomowe krzaki, a czy zdąży z nich wyjść – pewna nie jestem. Zatem patrzę, a co widzę? Dość bladą, jednak bez problemu widoczną na wprost, a zerkaniem do pewnego momentu rozbitą gromadę. Niektóre gwiazdki zdecydowanie wyskakują na pierwszy plan. Kształt, hmm, nie do końca kolisty, ma w sobie pewną nieregularność. Mam nadzieję, że zdążę ją jeszcze potem zobaczyć w korzystniejszym położeniu.

Jako następny cel upatruję sobie galaktyki w Pannie. „Jest ich tam tak dużo, nigdy nie potrafiłam odnaleźć się w tym rejonie, czas choć trochę to zmienić!”. Ustawiam teleskop we wspomnianym kierunku, w międzyczasie zwracam jeszcze głowę ku Skorpionowi. W tym momencie prawie pionowo w dół przemyka tamtędy niezbyt jasny meteor. Po chwili wracam myślami do moich galaktyk. Wspomagana atlasem dzielnie rozpoczynam walkę ze swoimi słabościami. Na początek udaje mi się ustalić położenie NGC 4608 i NGC 4596. Pierwsza z nich z racji bardzo blisko świecącej gwiazdki (a nawet trzech) jest niezbyt wyraźna, właściwie jedynie mogę stwierdzić, że coś tam jest. Z tą drugą idzie mi już łatwiej, miga na wprost, zerkaniem raczej bez większych problemów jestem w stanie ją dostrzec. Ciężko określić mi kształt, chociaż momentami wydaje mi się odrobinkę wydłużona.
Lecimy dalej, M49. Trudno przegapić tą galaktykę eliptyczną, jest naprawdę jasna, w oczy rzuca się jej jądro, które po chwili patrzenia zerkaniem rozmywa się i rozpływa w ciemnej otchłani kosmosu. Jest odrobinkę wydłużona. 
Zawracam w przeciwnym kierunku od początkowych engiecek i trafiam na kilka kłaczków, ale nie byle jakich, bo trudno je przegapić. Po dłuższej (zdecydowanie dłuższej) analizie map dochodzę do wniosku, iż najjaśniejszy z tych obiektów to musi być M60. Jasne, gwiazdopodobne i rozmydlające się stopniowo jądro – galaktyka eliptyczna jak się patrzy. Zerkaniem momentami zdaje mi się, że tuż obok widzę drugą, malutką chmurkę. Czyżby to sąsiadka – NGC 4647? W pobliżu zauważam jeszcze NGC 4660 i NGC 4638.
Kolejna kosmiczna wyspa zdobyta, tym razem galaktyka spiralna z poprzeczką – M58, również trudno ją przegapić. Zerkaniem dostrzegam, że jej odrobinę wydłużone jądro otulone jest delikatnym halo. W tym momencie stwierdzam, że nie chce mi się już analizować każdej mgiełki osobno i mimo że korzystam z teleskopu, zaczynam buszować nim pośród galaktyk tak, jak często robię z lornetką. Dotychczas i tak ominęłam już wiele engieców. Tak więc… M89, M90, M87, M86… Łańcuch Markariana, ile tu tego, mnóstwo ulotnych i szarawych mgiełek… 

Odsuwam się od okularu i obracam się. Ma mną lekko migoce letnia Droga Mleczna wznosząc się powoli coraz wyżej. Poniżej dostrzegam też zdecydowanie mniej przyjemny widok – nadciągające co jakiś czas znad wschodu niewielkie obłoczki.

Zauważam też, że M4 wzniosła się ponad krzewy. No, teraz wygląda zdecydowanie ładniej, pięknie rozbita, tak ma być. Z Marsem to samo! Teraz wygląda jak miniaturowe zdjęcie. Piękny kolorek, ciemne kształty na jego powierzchni i oczywiście biała czapa polarna w pobliżu bieguna. Najładniejszy Mars jaki widziałam do tej pory! Aż mi się przypomniały moje pierwsze obserwacje tez planety jeszcze w 2013 r. przez starego Sky Watchera… 

Kieruję się ku Drodze Mlecznej, jako że obiektom Strzelca i Tarczy nie przyglądałam się jeszcze przez ten teleskop: M22 – niesamowita, piękna, ogromna, jak gdyby ktoś wysypał w tym miejscu diamentowy pył, pięknie rozbita. Szkoda, że jest położona tak nisko, ach gdyby znajdowała się wyżej… Dla porównania zerkam na pobliską M28, ta gromada kulista jest zdecydowanie mniejsza od sąsiadki, ale podobnie jak ona jest dość mocno skupiona.
Ruszam ku mgławicom: M8 zwana Laguną – piękna i jasna, poprzecinana ciemniejszymi pasmami, bez problemu można przekonać się dlaczego nosi akurat taką nazwę. Blisko niej znajduje się bardzo ładna grupa gwiazd, która układa się w coś na kształt spirali. Kieruję się odrobinę w górę i trafiam ku Trójlistnej Koniczynie, czyli M20. Jej dwa płatki są wyraźne, trzeci troszkę mniej. Również przecięta jest ciemnymi wstęgami. Obok usytuowana została gromada gwiazd M21, która razem z Koniczynką prezentuje się naprawdę efektownie. Odbijam mocniej do góry aż do M17, po drodze mijając bogate skupiska kosmicznych klejnotów. Mgławica Omega wcale litery greckiej mi nie przypomina. Bardziej cyfrę „2” lub łabędzia, o tak, zdecydowanie. Z filtrem O III szyja naszego łabądka się wydłuża, widać też ciemną smużkę wcinającą się w miejscu łączenia szyi z tułowiem. Dookoła z tła wychodzą małe kłaczki – łabądek pływa po jeziorze! Całość pięknie świeci w okularze. Nie tak całkiem daleko mamy inną efektowną mgławicę – M16. Gołym okularem nie do końca widzę kształt orzełka, jednak wspomagając się filtrem O III to już całkiem inna sprawa – pojawiają się pięknie rozpostarte skrzydła rozmywające się delikatnie na końcach. Ogon jest chyba najjaśniejszy, a w nim zanurzone są młode gwiazdy. Głowa drapieżnego ptaka jest zdecydowanie subtelniejsza od reszty mgławicy.

I na orzełku kończą się moje dzisiejsze obserwacje – w tym  momencie przychodzi naprawdę gęsta mgła, a i tak zaczyna robić się już jasno. A obserwacje zaliczam do jak najbardziej udanych, jestem bardzo szczęśliwa. Kończę o 3:35.

IMG_0412_1.jpg

Dawno nie pisałam relacji, a takiej długiej to chyba nigdy. Tak czy siak, jest godzina równo 9:30. Czas iść spać. 🙂