Nadrabianie zaległości i coś jeszcze

Można powiedzieć, że nocą 22/23 listopada dopisało mi szczęście. Trafiła się piękna pogoda, Księżyc miał wzejść dopiero po północy, dając mi kilka godzin ciemności w te coraz dłuższe, prawie zimowe już noce, a i z racji trwania próbnych matur do szkoły wstawać rano nie musiałam. Wieczorem tradycyjnie poprosiłam tatę o wyniesienie Bardzo Ciężkiego Optycznego Paczacza (GSO 10″), aby na spokojnie mógł przyjąć temperaturę otoczenia. 

Kiedy wszystko już było na swoim miejscu, w mojej głowie pojawiło się jedno zasadnicze i proste pytanie – na co dziś popatrzymy? Jako, że obserwacje z prawdziwego zdarzenia prowadzę dopiero od 2013 roku, na mojej liście „do zaliczenia” wciąż jest ogrom obiektów, które każdy szanujący się wizualowiec powinien zobaczyć. Wiosną już troszkę tych zaległości narobiłam (galaktyki w Warkoczu, Pannie i okolicach, M51 itp.). Końcem sierpnia natomiast do zaobserwowanych pierwszy raz oczywistości dorzuciłam chociażby Małe Hantle, Srebrnego Dolara, Pac-Mana, „Dziurę w gromadzie” (NGC 6811) czy Barnarda 168, w którego widoku w lornetce zakochałam się od pierwszego wejrzenia, poważnie. :))

Postanowiłam, że nadrabiania ciąg dalszy, dlatego pierwszym moim celem została galaktyka w Rybach – M74. Na pierwszy rzut oka dostrzegłam delikatną mgiełkę. Po chwili zauważyłam jaśniejsze centrum, a przy uważniejszym i dłuższym zerkaniu zaczęły pojawiać się nieregularności w jej jasności, myślę że to mogły być jakieś ślady jej spiralnej struktury. 

Następnie postanowiłam zrobić ‚skok w bok’, a raczej w górę, jako że na celowniku znalazł się aktualny Obiekt Tygodnia – M103 – bardzo mała gromada otwarta w Kasjopei. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, gdy na nią spojrzałam, to bardzo bogate w gwiazdy otoczenie, niesamowicie efektowne jest tło, w którym się znajduje. Jakby ktoś wysypał lśniący proszek właśnie w tym rejonie nieba. Sama gromada jest naprawdę niewielka, dla mnie ma kształt taki trochę trójkątny, a może jednak nie do końca. W teleskopie moją uwagę zwróciła jedna czerwonawa gwiazda w jej środku, kontrastująca ze swoimi towarzyszkami w zdecydowanie chłodniejszej barwie.

Będąc w okolicy sprawdziłam czy M33 i M31 z towarzyszkami są na swoich miejscach (w prawdzie tą drugą widziałam gołym okiem, ale wolałam się upewnić co do jej maleńkich sąsiadek), przywitałam się z E.T. w Kasjopei i przypomniała mi się jedna rzecz. NGC 2024. Mgławica Płomień. Tyle razy widziałam ją na fotografiach Forumowiczów. Nie rzadziej czytałam o niej w ich relacjach. Przewinął się nawet szkic autorstwa samego Prezesa. Od dawna marzył mi się ten kosmiczny skarb, jednak jeszcze nigdy nie było dane mi go odnaleźć. Ilekroć próbowałam, nie potrafiłam dojrzeć rzeczonego cudeńka, stąd też tym razem nie wiązałam z nim większych nadziei. Podeszłam do niego w zasadzie z głupoty i jakież było moje zdziwienie… TAK! W KOŃCU ZOBACZYŁAM PŁOMIEŃ! Mimo przeszkadzającego blasku Alnitaka w okularze pojawiło się subtelne, ale wystarczająco wyraźne by mieć pewność pojaśnienie… a w zasadzie dwa pojaśnienia. W tym momencie uświadomiłam sobie, że widzę ciemne pasmo przecinające mgławicę na dwa fragmenty, a stało się to praktycznie z marszu, nie musiałam wcale się ku temu wysilać. Nie spodziewałam się tego. Kilka razy odrywałam wzrok od okularu, by zaraz do niego powrócić, a za każdym razem widziałam to samo. 

Po tym zaskakującym dla mnie sukcesie, w pamięci pojawił się obiekt oznaczony w katalogu Messiera numerem pierwszym. Nie wiem jak to się stało, że Kraba do tej pory nie widziałam, bo okazał się być banalny do zaobserwowania. Oczywiście rzeczonego kształtu nie dostrzegłam, jawił się jako jasna ‚paćka’ z wyraźnie poszarpanymi brzegami. Niektóre jego fragmenty były jaśniejsze, inne ciemniejsze, bardzo wdzięczna mgławiczka. Z ciekawości założyłam jeszcze filtr O-III, jednak muszę przyznać, że według mnie bez niego Krabik prezentował się efektowniej.

Gdy odsunęłam się od mojego Paczacza, stwierdziłam że zrobiło się trochę zimniej, więc udałam się na chwilę do domu, by zagrzać tyłek. Wypiłam pyszną kawusię i było ok. 23, gdy powróciłam na swoje stanowisko obserwacyjne. Nade mną rozciągało się piękne, teraz jakby jeszcze bardziej rozgwieżdżone niż przed przerwą niebo, więc chwyciłam za lornetkę i rozpoczęłam swoją wędrówkę począwszy od Kasjopei. Poruszałam się przez te obsypane diamentowym pyłem fragmenty naszej Galaktyki, zauważając wśród nich ciemne wyrwy, pełne kosmicznego kurzu. Gdybym dysponowała mniej zaświetlonym niebem, na pewno byłoby widać je zdecydowanie wyraźniej… Wśród tych pięknych gwiezdnych pól, porozrzucane są skupiska klejnotów – gromady otwarte. To na nie zwracałam większą uwagę, gdy kierowałam się stopniowo w części nieboskłonu o mniejszej deklinacji. Zdecydowanie dłużej zatrzymałam się u Woźnicy, odszukując kolejne klastry. Zachwyciły mnie okolice Jednorożca, w prawdzie ubogie w jasne gwiazdy, za to pełne wspomnianego już ‚diamentowego pyłu’ i gromad gwiazd, wspaniale wypełniając szerokie pole widzenia lornetki. Właśnie tutaj przypomniałam sobie o kolejnej mgławicy, co do której miałam niewyrównane rachunki, jednak zanim skierowałam ku niej teleskop, pobuszowałam jeszcze w rejonie Wielkiego Psa.

Wtedy przyszedł czas na NGC 2237. W ‚gołym’ okularze dostrzegłam jedynie leżącą w jej wnętrzu NGC 2244, jednak gdy założyłam filtr O-III, uległo to zmianie. Podobnie jak w przypadku Płomienia średnio wierzyłam, że zobaczę tę mgławicę, dlatego na samym początku pomyślałam, iż okular jest jakiś brudny albo coś zaparowało… Delikatne poruszenie tubą rozwiało moje wątpliwości, to na pewno była Rozeta! Takie jakby płatki składające się właśnie na kształt rozety, najlepiej widoczny fragment północny, dziura w środku też oczywiście być musi. Całość nasunęła mi na myśl jedno skojarzenie –  kwiat raflezji (roślina o nie wiem czy czasem nie największych kwiatach na świecie, swoją drogą bardzo śmierdzących). 

Jako że byłam w pobliżu, udałam się ku M78. W zasadzie sama od razu wpadła w pole widzenia okularu. Dość jasna, po uważniejszym wpatrzeniu przedzielona ciemną wstęgą na dwie części, jedną większą i wyraźniejszą od drugiej. Muszę przyznać, że mnie jednak szczególnie nie zachwyciła.

Z racji zbliżającego się wschodu Księżyca, postanowiłam odwiedzić wspaniałą M42 i kolejny raz mogę stwierdzić, że jeszcze nigdy nie widziałam jej tak pięknej. Te subtelne i gładkie przejścia jasności, delikatnie wyciągające się w przestrzeń ramiona, wszystko to zachwyca, ale najbardziej urzekła mnie plastyczność i trójwymiarowość jej centralnych obszarów. Jak zwykle odniosłam też wrażenie zielonkawego zabarwienia mgławicy. Wokół lśniły krystalicznym zimnym blaskiem gwiazdy zawieszone w martwej czerni kosmosu. Pomyśleć, że to w rzeczywistości ogromne kule żarzącego się wodoru.

Tutaj przyszedł moment na tytułowe ‚coś jeszcze’, mianowicie mgławicę tę zdecydowałam się naszkicować, dobrze, że zabrałam ze sobą na obserwacje ołówki i zeszyt.  By nie mnożyć bytów ponad konieczność, publikuję mój szkic w tym temacie. W oryginale zrobiony ołówkiem, jednak dość dużo poprawek wprowadziłam w mojej ulubionej aplikacji PicsArt. I przyznam także, że to mój pierwszy szkic obiektu głębokiego nieba, więc chyba nie jest tak pięknie jak przy moich szkicach Księżyca. Tak czy owak, zawsze musi być ten pierwszy raz. ;)

PicsArt_11-24-01.27.58[1].jpg

Na zakończenie, kiedy Łysy wznosił się już coraz wyżej, popatrzyłam trochę na jego pełną kraterów powierzchnię, a potem zwinęłam się do domku.