Obserwacje z niespodzianką

Wreszcie zdrowie powróciło, a i pogoda po burzach nocy wcześniejszej okazała swoją łaskę, dając mi jedną z lepszych przejrzystości powietrza. Tata wyniósł mi teleskop (GSO 10″) koło domu, a kiedy niebo wystarczająco się ściemniło, zabrałam się do roboty. Szczerze mówiąc tuż przed obserwacjami odczuwałam w żołądku pewnego rodzaju stres, który jednak zniknął szybko zaraz po pierwszym spojrzeniu ku górze. Na samym początku przetestowałam swój nowy nabytek – zielony wskaźnik laserowy. Zachwycił mnie, bawiłam się nim kilka minut rysując na firmamencie kształty gwiazdozbiorów. Podczas tej zabawy spostrzegłam, iż Droga Mleczna jest dziś zaskakująco wyraźna, jak na moje przydomowe warunki. Uwagę zwracały jej jasne obszary poprzecinane ciemnymi pasmami. Całość wyglądała niesamowicie zachęcająco. W tym momencie odpłynęło całe zwątpienie, które gromadziło się we mnie od poczatku czerwca. Znowu poczułam to coś. Do mojej świadomości dotarło, że nic nie jest w stanie wykorzenić ze mnie tej pasji. Osoba raz ‚zarażona’ miłością do astronomii już nigdy nie przestanie jej odczuwać, na zawsze będzie czuła więź z tym co znajduje się u góry. 

Po tych rozmyślaniach do rąk wzięłam lornetkę (Nikon Action EX 10×50) i rozpoczęłam przeczesywanie Drogi Mlecznej. Powoli, począwszy od Strzelca wiszącego już właściwie w krzakach, mijałam dziesiątki gwiazd i zawieszone wśród nich szarawe mgiełki. Widziałam gdzie nie gdzie większe skupiska błyskotek, zwane gromadami. Kierując się dalej, przez Tarczę i Orła w stronę Łabędzia, pośród wielu odległych słońc dostrzegłam pustki. Niczym czarne wyrwy, ciemne mgławice przecinały rozległe gwiezdne pola, układając się w skomplikowane wzory. Napawałam się tymi pięknymi widokami…

Po tej galaktycznej podróży postanowiłam dokładniej przyjrzeć się niektórym obiektom. Na celownik wzięłam letnie klasyki, by przekonać się jak wyglądają w ponad dwukrotnie większej aperturze od tej, którą dysponowałam obserwując te obiekty w zeszłym roku. Na sam początek zabrałam się jednak za trochę bardziej wiosenny obiekt – gromadę kulistą w Herkulesie M 13. Kiedy spojrzałam w okular, szczena opadła. Po prostu. W powiększeniu 139 razy ledwie mieściła się w polu widzenia. Jej jądro wręcz pulsowało gwiazdami, a z niego we wszystkie kierunki ciągnęły się łańcuchy i sznury błyskotek. Stałam przy teleskopie i podziwiałam ją chyba z 10 minut…

Następnie skierowałam się do kosmicznego pierścionka. M 57 pokazała delikatnie zamgloną dziurkę i wyraźne jasne brzegi. Odniosłam też wrażenie, że jej krawędzie mienią się delikatnie zielono-niebieskim odcieniem. Nie wiem tylko czy to autosugestia, czy może rzeczywiście dostrzegłam ten kolor? W każdym razie planetarka prezentowała się cudownie, nigdy dotąd nie widywałam jej tak dużej.

Następnie pomknęłam w zupełnie inny obszar nieba, by spotkać się z Dziką Kaczką. M 11 jako ładna, jasna i stosunkowo skupiona gromada przypominała mi jednak coś zupełnie innego niźli mówi jej nazwa, a mianowicie… siedzącą po turecku żabę. Nie myśląc długo nad genezą takiego skojarzenia, skierowałam teleskop na pobliską M 26. Wydała mi się ona uboższa w gwiazdy od sąsiadki, przez co gubiła się troszkę wśród bogactw naszej galaktyki. Będąc w tej okolicy przypomniałam sobie o asteryzmie, którego nie dawno ‚odkryli’ Koledzy z Forum. Chodzi o „Haczyk (na ryby)”. W moim Nikonku wyglądał jakby utworzony z wielu mniejszych i większych kryształków, trochę taki ‚gwiezdny pył’.

Potem pomyślałam o Strzelcu, jednak jak już wcześniej wspomniałam, buszował on wśród liści przydomowych jaśminów. Pomimo tego, postanowiłam pokrążyć po okolicy. Minęłam kilka gromad otwartych, jakaś mgiełkę i trafiłam w którąś z kulek, ledwo wystającą z krzaków. Następnie wykonałam teleskopem dość duży skok, wracając w bogate rejony okupowane przez Łabędzia. Tutaj wpierw namierzyłam obiekty leżące w sąsiednich gwiazdozbiorach, a mianowicie M 71 i M 27. Ta pierwsza, kulka w konstelacji Strzały, jest dosyć drobna, o nieco spłaszczonym, ‚ściętym’ z jednej strony kształcie i uroczo prezentuje się w powiększeniu 41 razy. Druga to jedna z największych znanych nam planetarek, położona nieco wyżej, w Lisku. Wyglądała jak klepsydra zanurzona w delikatnej otoczce, która przy użyciu filtra O-III staje się zdecydowanie wyraźniejsza. W okularze 9 mm zajmowała prawie 1/3 średnicy pola widzenia, jednak mi zdecydowanie bardziej spodobała się w okularze 30 mm. Hantle to jeden z moich ulubionych obiektów.

Skierowałam się do Albireo – przepięknej parki dwóch klejnotów, często uważanej za najpiękniejszą gwiazdę podwójną (właściwie potrójną – sam główny składnik jest gwiazdą podwójną) ziemskiego nieba. Główny składnik tego układu płonie żółto-pomarańczowym ogniem, natomiast jego towarzysz skrzy się lodowym blaskiem barwy niebieskiej. Ich odległość kątowa wynosi 35″, czyli dwukrotnie więcej niż średnica tarczy Saturna, co czyni ten układ łatwym do rozdzielenia nawet przez teleskop o małym powiększeniu.

Następnie postanowiłam zabrać się  za NGC 6960 – fragment Veila przechodzący przez 52 Cygni, który do tej pory pozostawał przeze mnie niezdobyty. Tym razem jednak miałam przeciw niemu tajną broń. Nastawiłam okular na wspomnianą wyżej gwiazdę, ale niczego nie dostrzegłam. Użyłam więc swojej broni – filtra O-III. Po chwili dostrzegłam włókno, które z każdą chwilą stawało się wyraźniejsze i dłuższe. Spojrzałam znowu bez filtra i… widzę je, co prawda zdecydowanie słabiej, ale jednak. Jak widać ten pierwszy raz bywa najtrudniejszy, a czasem faktycznie dobrze wiedzieć czego się szuka.

Potem wycelowałam w M 15 w Pegazie. Jest to bardzo ładna kuleczka, właściwie kulka, przy której odniosłam wrażenie, że gwiazdy od środka do zewnątrz rozchodzą się po spirali. Przynosi to na myśl galaktykę spiralną. Gdy podziwiałam ją, coś mi powiedziało, by oderwać oko od okularu. Tak też zrobiłam i coś mi zaczęło jarzyć w oczy. Patrzę w niebo i widzę centralnie przede mną wielki błysk, który po chwili gwałtownie słabnie i kontynuuje swój lot jako słaby obiekt. Myślę sobie, a właściwie krzyczę w duszy – flara Iridium! Od razu sprawdzam w komórce i faktycznie: godz. 1:48:17, Iridium 41 o jasności -8,1 mag. To się nazywa szczęście! 🙂

Po tej przygodzie spojrzałam na dwie gromady – M 29, która jak zawsze skojarzyła mi się z miniaturowym gwiazdozbiorem Herkulesa oraz na M 39, wyglądającą jak płynący po stawie łabędź lub cyfra „2”. 

Pod koniec zwróciłam się jeszcze w kierunku Andromedy. M 31 – piękna jak zawsze królowa galaktyk, po raz pierwszy pokazała mi swoje ciemne pasmo, naturalnie najlepiej widoczne zerkaniem. Tuż obok znać o sobie dały jej eliptyczne towarzyszki: M 32 niczym puchata kuleczka zawieszona obok, a także bardziej rozmyta M 110, wisząca trochę dalej po drugiej stronie Andromedy. Całość fantastycznie prezentowała się w powiększeniu 41 razy.

Na pożegnanie spojrzałam jeszcze dwururką na Plejady wiszące nisko na wschodzie, w łunie ‚idealnie oświetlonego kościoła’. Obserwacje zakończyłam o wpół do 3. Okazały się dla mnie bardzo ważne, ponieważ dzięki nim znowu czuję to coś. I kolejny raz przekonałam się, że astronomia to pasja na całe życie, a kto raz chwycił bakcyla, ten jest zgubiony. 😀 

A na koniec tytułowa niespodzianka: gdy w garażu zakładałam pokrywę od tubusu, zauważyłam towarzysza, który mi się wyhodował tuż nad lustrem głównym – pająka. Teraz będę musiała pomyśleć jak go stamtąd usunąć, oczywiście bezpiecznie dla zwierciadła. 🙂

post-2939-0-36622100-1437555040_thumb.jp

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.